Nie jestem stąd

Wcześniej mieszkałem w domu. Własny podjazd, własny garaż, pełna kontrola nad tym, kto stoi przed moim domem. Kiedy przeprowadziłem się na duże zamknięte osiedle w Kielcach, głowę miałem pełną pytań typowych dla nowego mieszkańca. Którą bramą wjeżdża się po pracy. Gdzie są śmietniki. Kiedy odbierają odpady. Kto decyduje o remontach klatki. Nie wiedziałem w zasadzie nic poza tym, że na osiedle prowadzi kilka bram wjazdowych.

Miałem trochę szczęścia. Kiedy nosiłem rzeczy z garażu do mieszkania, natknąłem się na życzliwego sąsiada, który w kilka minut wyjaśnił mi podstawy osiedla. Dodał mnie też do grup mieszkańców na Facebooku i Messengerze. Od następnego dnia zacząłem dostawać wiadomości. Bardzo dużo wiadomości.

Sporo z nich nie dotyczyło spraw, które akurat były w kręgu moich zainteresowań. Pytania o hydraulików, ogłoszenia o zaginionych kotach, informacje o planowanym wyłączeniu wody. Na początku zerkałem na telefon codziennie, z ciekawości. Po kilku tygodniach zacząłem traktować te powiadomienia jak obowiązek. Przychodzi wiadomość, nie wiem, czy jest istotna, ale mimo wszystko muszę zerknąć, oderwać się od tego, co akurat robię, sprawdzić i wrócić do swojego. Najczęściej okazywało się, że temat nie dotyczył mojego bloku, mojego piętra, mojego samochodu.

Ale jedna z grup przykuła moją uwagę z innego powodu.

Co nie działało

Wśród kilku grup messengerowych była jedna dedykowana tylko parkingowi. Mieszkańcy wymieniali się na niej informacjami, kto komu może udostępnić swoje miejsce. Ktoś pisał, że wyjeżdża w piątek i do niedzieli jego miejsce jest wolne. Ktoś inny odpowiadał „biorę”. Trzeci mieszkaniec dopisywał w komentarzu, że też chętnie weźmie, ale na sobotę. I tak toczyła się dyskusja.

Od razu uznałem, że to świetna inicjatywa. Ludzie sami, z własnej potrzeby, próbowali rozwiązać coś, co jest banalnie proste do opisania: na osiedlu miejsc parkingowych jest mniej niż samochodów, każde z nich jest czyjąś własnością, a mimo to prawie wszyscy sąsiedzi od czasu do czasu potrzebują wpuścić dodatkowe auto. Ekipa z nową szafą. Teść, który przyjeżdża raz w roku. Dostawa z kanapą. Wszystko to są sytuacje, w których mieszkaniec chciałby skorzystać z miejsca innego mieszkańca, bo jego własne jest zajęte albo nie ma go w ogóle.

Parking jest wspólnym mianownikiem wszystkich mieszkańców. Jedni mają problem rzadziej, inni częściej, ale prawie każdy go ma.

Grupa messengerowa działała, ale widziałem w niej trzy duże wady.

Pierwsza: zalew nieistotnych wiadomości. Żeby nie przegapić okazji, musiałem śledzić wszystko, co się tam pisało. W efekcie czytałem sto postów, z których dziewięćdziesiąt dziewięć nie dotyczyło mnie w ogóle. Po jakimś czasie po prostu wyciszyłem grupę, co oznaczało, że w praktyce z niej nie korzystałem.

Druga: bezpieczeństwo. Kiedy ktoś pisał „wyjeżdżam na tydzień”, publicznie informował cały blok, że jego mieszkanie będzie puste przez kolejne siedem dni. Nie przypuszczam, że wśród sąsiadów z mojego osiedla jest ktoś, kto zrobiłby z tego zły użytek, ale sama zasada jest krucha. Informacja, że ktoś wyjechał, to nie jest coś, co powinno lecieć w publicznym kanale. Szczególnie gdy autor komentarza nie wie, kto dokładnie to czyta.

Trzecia: brak struktury. Udostępnienia i prośby mieszały się z ogłoszeniami, odpowiedzi leciały to w komentarzach, to w prywatnych wiadomościach, a historia zgubionych miejsc ginęła w feedach w ciągu doby. Rzadko kto pisał zwrotnie „już nie potrzebuję, dziękuję”. Miejsce zostawało nieoficjalnie zajęte, a właściciel nie wiedział, czy ma jeszcze okazję z niego skorzystać, czy ktoś tam już stoi.

Patrzyłem na to i myślałem: da się to zrobić lepiej.

Iskra

Pomysł tak naprawdę pojawił się w święta Bożego Narodzenia. To jest moment, w którym wielu mieszkańców szuka miejsc dla gości odwiedzających krewnych, a na grupie messengerowej ruch staje się większy niż w normalnym tygodniu. Miałem wtedy kilka dni przerwy od zwykłego rytmu pracy i mogłem spokojnie przemyśleć, jak mogłoby wyglądać narzędzie, które rozwiązuje te trzy problemy naraz.

Zawodowo od dwudziestu lat zajmuję się wsparciem procesów biznesowych w korporacjach: projektuję aplikacje, współpracuję z zespołami deweloperskimi, buduję narzędzia, które łączą duże organizacje. Kiedy pomyślałem, że napiszę coś dla własnego osiedla, nie było to decyzją typu „rzucam się w głęboką wodę”. Wiedziałem, jak taki projekt wygląda od strony planowania, architektury i budowania pierwszej wersji.

Wrzuciłem pomysł kilku nowo poznanym sąsiadom. Reakcja była jednoznaczna: rób to. Nikt na tamtym etapie, łącznie ze mną, nie wiedział, co z tego ostatecznie wyjdzie. Widzieliśmy prostą aplikację parkingową, taką cyfrową wersję grupy na Messengerze, tylko bardziej uporządkowaną.

Pierwsza wersja WolnyParking powstała w około cztery tygodnie.

Pierwszy moduł parkingowy i pierwsza przebudowa

Sąsiedzi stali się naturalnymi testerami. Utworzyłem dla nich dedykowaną kopię aplikacji i feedback zaczął spływać niemal od pierwszego dnia.

Pierwsza wersja modułu parkingowego była prosta: udostępniasz swoje miejsce na konkretny dzień, ktoś je rezerwuje, koniec. Już po kilku dniach ktoś mi napisał, że to nie wystarczy, bo przecież wyjeżdżamy na trzy dni albo tydzień, nie na jeden dzień. Dodałem tryb wielodniowy.

I wtedy pojawiła się pierwsza duża obserwacja, która zmieniła architekturę aplikacji.

Jeden z sąsiadów zwrócił mi uwagę na coś, czego sam nie zauważyłem: kiedy udostępniam miejsce na cały dzień i ktoś mi je rezerwuje, to miejsce od razu znika z listy dostępnych dla pozostałych mieszkańców, nawet jeśli osoba rezerwująca potrzebowała go tylko na godzinę. W efekcie reszta dnia przepadała. Rezerwujący parkował rano na godzinę, po godzinie wyjeżdżał, a pozostali sąsiedzi i tak nie mieli jak z tego miejsca skorzystać, bo w systemie było oznaczone jako zajęte.

To było poważne. Nie błąd, ale decyzja projektowa, która okazała się zła.

Postanowiłem przebudować system parkingowy z trybu dziennego na godzinowy. Wiedziałem, że to będzie dużo pracy, bo wymagało przepisania logiki rezerwacji i sposobu wyświetlania dostępności. Ale wiedziałem też, że jeśli tego nie zrobię, to największa wartość aplikacji (dzielenie się miejscem, a nie tylko jego wynajmowanie na cały dzień) nigdy się nie zrealizuje.

Po wielu dniach walki z logiką czasową system zaczął działać. Można było udostępnić miejsce od 8:00 do 20:00, ktoś mógł zarezerwować je od 10:00 do 12:00, i miejsce nadal pokazywało pozostałe okna jako dostępne dla kolejnych sąsiadów. Wycinek dostępności, zamiast pełnego zniknięcia z listy. To się naprawdę sprawdziło. Od tamtej chwili nigdy nie rozważałem powrotu do trybu dziennego.

Jedna rzecz, którą z tego wyniosłem

Pierwsze cztery tygodnie budowania WolnyParking dały mi jedną ważną lekcję, do której wracam przy każdym kolejnym module.

Prawdziwy feedback zmienia architekturę, a nie tylko kolor przycisków. System godzinowy nie powstał dlatego, że sam wpadłem na lepszy pomysł. Powstał, bo jeden sąsiad zauważył rzecz, której ja nie widziałem, używając aplikacji w sytuacji, której ja nie miałem. Gdybym budował aplikację w oparciu o własne założenia i własne przypadki użycia, prawdopodobnie trzymałbym się trybu dziennego jeszcze długo, bo „przecież działa”. To jest perspektywa, która wróciła potem przy każdym kolejnym module, który dodawałem.

Co było dalej

Na tym skończyły się pierwsze cztery tygodnie, ale nie skończyła się historia aplikacji. W kolejnym tekście z tej serii opisuję, jak z modułu parkingowego wyrosła cała platforma sąsiedzka: zapotrzebowania jako odpowiedź na problem bezpieczeństwa, tryb udostępniania prywatnego, moduł pomocy sąsiedzkiej, polecani fachowcy, zasady przetwarzania danych i wreszcie strategia pilota na dwóch blokach, którą świadomie wybrałem zamiast otwierać aplikację na całe osiedle.

Chcesz zobaczyć, jak WolnyParking działa w praktyce?

Pokażę aplikację z perspektywy mieszkańca i zarządcy. Bez presji sprzedażowej.

Napisz do mnie