Po co właściwie te punkty

Jest taka różnica między wsią a osiedlem, gdzie na niewielkiej przestrzeni mieszka kilkaset osób. Długo nie umiałem jej nazwać. We wsi pomożesz sąsiadce z zakupami, zaniesiesz coś do kościoła, podwieziesz dziecko sąsiada na trening, a do wieczora wie o tym pół ulicy. Reputacja rośnie sama, bez niczyjej pracy. Tak działa pamięć małej społeczności, która widzi się codziennie i ma czas na plotki.

Na osiedlu, na którym mieszka kilkaset osób, ten mechanizm po prostu nie istnieje. Pomagasz komuś, nikt nie widzi. Pomagasz drugi raz, nikt nie pamięta. Pomagasz dziesiąty raz, a następny raz, gdy sam czegoś potrzebujesz, jesteś dla wszystkich anonimowym imieniem na ekranie. Nie ma echa, bo nie ma świadków. To nie jest wina mieszkańców. Tak po prostu działa skala: setki drzwi, których nigdy w życiu nie otworzysz.

Punkty w aplikacji nie są zabawką. Są protezą pamięci społecznej, której na osiedlu nie ma fizycznej możliwości być. Ktoś musi pamiętać, że pomagałeś. Skoro nie sąsiadka spod siódemki, to system. To brzmi technologicznie, ale działa bardzo po ludzku.

I tu mała szczerość. Programy lojalnościowe znamy z każdej strony: w markecie, u fryzjera, w aplikacji do kawy, na stacji benzynowej. Zbieramy znaczki, punkty, pieczątki, podświadomie oczekujemy nagrody za lojalność wobec sklepu, który po prostu nas obsłużył. Nikt nie krytykuje tych programów jako dystopijnych. Ranga w WolnyParking jest, w pewnym sensie, też systemem lojalnościowym, z tym że nagradza za lojalność wobec sąsiadów. Za pomoc komuś, kto akurat jej potrzebował. Trudno mi traktować to jako zagrożenie, skoro programu lojalnościowego Lidla nikt nie traktuje jako zagrożenia.

Drabinka, jak działa

Mechanizm jest prosty. Za każdą pomoc (udostępnione miejsce parkingowe, pożyczoną wkrętarkę, godzinę opieki nad kotem sąsiada) dostajesz punkt. Nie ma waluty, nie ma kursu, nie ma wymiany na nagrody. Punkty się tylko sumują.

Są cztery progi. Pierwszy to pomocny sąsiad, drugi to weteran pomocy, trzeci to legenda osiedla. Ostatni, najwyższy, do którego trzeba dojść powoli, to ikona osiedla. To są nazwy roboczo zaproponowane na etapie projektowania. Pewnie z czasem dopasują się do tego, czego używają mieszkańcy. Nie są kluczem do niczego. Nie odblokowują funkcji, nie dają zniżek, nie wpływają na widoczność.

Robią jedno. Przy każdym awansie aplikacja wysyła SMS-a z gratulacjami. Świadomie SMS, nie powiadomienie push. Push znika z ekranu po sekundzie i nikt go nie czyta. SMS zostaje w skrzynce, można do niego wrócić, można pokazać żonie. To ma być realny moment, nie kolejne mignięcie z ekranu blokady.

I to właściwie wszystko, co system robi pod spodem. Cała reszta dzieje się w głowach mieszkańców.

Dwa silniki, które uruchamia ranga

Pierwszy silnik jest po stronie tego, który rangę zbiera. Ludzie lubią wyzwania. Lubią widzieć liczbę, która rośnie. Lubią następny próg, lubią mieć cel, lubią poczuć ten drobny zastrzyk dopaminy, gdy SMS gratulacyjny wpada do telefonu. To śmieszne, ale to często tak działa. Zakładam, że ktoś, kto czyta ten artykuł, ma w portfelu kartę lojalnościową przynajmniej jednego sklepu i wcale się tego nie wstydzi.

Nie sądzę, żeby znalazł się ktoś, kto pomaga sąsiadom wyłącznie dla punktów. Pomoc jest czymś, co ludzie mają w naturze, jeśli tylko ktoś im stworzy do niej okazję i nie utrudni. Ale jeśli można ten naturalny odruch pomocy trochę wzmocnić rangą, nie widzę powodu, żeby tego nie robić. Nikt na tym nic nie traci. Sąsiad z pożyczoną wkrętarką dostaje wkrętarkę. Sąsiad, który ją pożyczył, dostaje punkt i kiedyś rangę. Każdy wychodzi z tego z czymś.

Drugi silnik jest dużo mniej oczywisty i zauważyłem go dopiero wtedy, gdy zacząłem patrzeć, jak ludzie używają aplikacji w praktyce. Ten silnik działa po stronie odbiorcy, nie nadawcy.

Kiedy proszę o pomoc (nieważne, czy o miejsce parkingowe, czy o pożyczenie chochli), sąsiedzi widzą obok mojego nicku rangę. Jeśli mam już za sobą pięćdziesiąt udzielonych pomocy, ta liczba mówi coś o mnie, zanim zdążę cokolwiek powiedzieć. Mówi, że nie wziąłem się znikąd, że dawałem wcześniej. Odruch sąsiada jest prosty: temu pomogę szybciej, bo on też pomaga. Nie trzeba o tym myśleć, żeby tak działać.

To jest mechanizm wzajemności, ale rozciągnięty na obcych. We wsi działa naturalnie, bo wszyscy pamiętają, kto kogo wspierał. Na osiedlu, gdzie nikt nikogo nie pamięta, ranga załatwia tę samą rzecz w cztery sekundy.

I jest jeszcze trzecia rzecz, której nie umiałem nazwać, dopóki nie zdarzyła mi się ta historia z sąsiadem od miejsc parkingowych. Wysoka ranga sprawia, że ktoś przestaje być anonimowym mieszkaniem. Staje się rozpoznawalną osobą, nawet jeśli nie wiesz, jak wygląda. Wzbudza ciekawość, przyciąga uwagę, wyrywa z masy setek drzwi, których nigdy nie otworzysz. Na osiedlu, na którym mieszka kilkaset osób, to rzadkość. Większość sąsiadów nigdy się z niczego nie wyróżni. Nie dlatego, że są nudni, tylko dlatego, że nie ma żadnego mechanizmu, który by ich wyróżnił. Ranga ten mechanizm dostarcza, nie zmuszając nikogo do bycia w centrum uwagi.

Czego się przy tym bałem

Główny zarzut, którego się spodziewałem przy dodawaniu rang, brzmi tak: ludzie zaczną pomagać dla punktów, nie z odruchu. Pomoc stanie się performatywna. Coś, co miało być ludzkim gestem, zamieni się w przesłanie do rankingu.

Patrząc na to, jak ranga działa u mnie na osiedlu, mam prostą odpowiedź. Nie martwi mnie to z dwóch powodów.

Po pierwsze: pomoc jest w naszej naturze i ranga jej nie zastępuje, tylko trochę wzmacnia. Nikt nie biegnie pożyczać sąsiadowi jajek tylko po to, żeby dostać punkt. Biegnie, bo sąsiadka stoi w kuchni z otwartą szarlotką i jednym jajkiem za mało. Punkt jest tylko miłym dodatkiem, który system przyznaje przy okazji. Gdyby go nie było, ta pomoc i tak by się wydarzyła. Jest. I wciąż się wydarza, z tą różnicą, że teraz pamięć o niej gdzieś zostaje.

Po drugie: nawet gdybym się mylił i znalazł się ktoś, kto pomaga wyłącznie dla rangi, to ktoś z otwartą szarlotką i tak dostaje swoje jajko. Cel uświęca metodę, której się nawet nie da ukryć. Wolę osiedle, na którym ludzie pomagają sobie z mieszanych pobudek, niż osiedle, na którym nie pomagają sobie wcale, bo nikt by nie zauważył.

Jest jedna rzecz, której świadomie nie zrobiłem i którą chciałem wyjaśnić, zanim ktoś o nią zapyta. W aplikacji nie ma listy wszystkich z rangami. Nie ma podium, nie ma rankingu top dziesięciu, nie ma profilu „najbardziej pomocni w tym tygodniu”. Ranga pojawia się tylko obok osoby, przy jej zapotrzebowaniu, przy jej ofercie pomocy. Nie chciałem zrobić z tego konkursu, w którym ktoś przegrywa. Chciałem zrobić z tego sygnał, który włącza się, gdy jest potrzebny.

Co z tego wynika

Punkty w aplikacji parkingowej brzmią jak banał. Może nim są. Ale kiedy widzę, że sąsiad, którego nigdy nie spotkałem, ma jakąś tam liczbę pomocy na koncie i sam o coś prosi, nagle przestaje być obcy. Przestaje być wpisem na ekranie. Staje się kimś, o kim coś wiem, i kogo chętniej poznam. To nie technologia załatwiła. Technologia tylko nazwała coś, czego wcześniej nie umiałem zobaczyć.

W następnym artykule chcę opisać, co się dzieje, gdy ten cyfrowy kapitał zaufania zaczyna przechodzić w coś znacznie bardziej namacalnego, bo aplikacja od jakiegoś czasu pozwala sąsiadom oferować swoje usługi z rabatem dla osiedla. Tort od pani z drugiego piętra, korepetycje od studenta z dziewiątego, hydraulika od pana, który tu mieszka i nie chce reklamować się w sieci. Dla mieszkańców to wygoda. Dla mnie, jako projektanta, to też miejsce, w którym mam jeden dylemat, którego się trochę boję. Ale o tym następnym razem.

Chcesz zobaczyć, jak WolnyParking działa w praktyce?

Pokażę aplikację z perspektywy mieszkańca i zarządcy. Bez presji sprzedażowej.

Napisz do mnie