Paradoks
Jest pewna scena, którą każdy mieszkaniec bloku zna. Wchodzisz do windy. W środku stoi ktoś, kogo widujesz od trzech lat w holu, za każdym razem, gdy wychodzisz po zakupy albo wracasz z pracy. Kiwacie sobie głową. Może „dzień dobry”. Patrzycie na numery pięter. Cisza. Drzwi się otwierają, jedno z was wychodzi. Nigdy nie wymieniliście więcej niż trzy słowa.
Ten człowiek mieszka dziesięć metrów od twoich drzwi. Macie wspólną ścianę, windę, zarządcę, te same problemy z parkingiem. Mimo to nie wiesz, czy ma wiertarkę, czym się zawodowo zajmuje, ani czy przyjdzie z pomocą, gdyby zatrzasnęły ci się drzwi. On nie wie o tobie nawet tyle.
Siedzimy w tym samym pudełku i każdy jest w nim sam. To jest paradoks nowoczesnego osiedla, z którym w nowej formie muszę się mierzyć codziennie, odkąd wyprowadziłem się z domu jednorodzinnego.
Kiedy przeprowadziłem się rok temu z domu jednorodzinnego do dużego zamkniętego osiedla w Kielcach, zobaczyłem to z nową energią, bo wcześniej tak nie żyłem. W domu człowiek wiedział, o co pytać, kogo zapytać i przed kim się witać. Na osiedlu ten sam człowiek nagle nic nie wiedział, a wszystko musiał wymyślać od zera. Z czasem zauważyłem, że nie jestem w tym sam. Ludzie, którzy mieszkają tu piętnaście lat, często też nie wiedzą, kto jest kim. Chcieliby zaoferować swoje usługi innym mieszkańcom (pieką ciasta, uczą dzieci, naprawiają sprzęt, prowadzą własną małą działalność), ale nie wiedzą, jak się do tego zabrać, bo nikogo nie znają i nikt ich nie zna.
Ta obserwacja była dla mnie w pewnym momencie ważniejsza niż parking.
Dlaczego parking to idealny pretekst
Jeśli chce się przełamać anonimowość w dużej społeczności, najgorszym, co można zrobić, jest zbudowanie aplikacji, która mówi wprost „pomagamy ci poznać sąsiadów”. Nikt z tego nie skorzysta. To brzmi jak mem z początku internetu, jak reklama portalu randkowego, jak coś nachalnego i sztucznego. Ludzie, którzy żyją obok siebie od dziesięciu lat w milczeniu, nie potrzebują jeszcze jednego narzędzia, które im mówi „bądźcie bardziej sąsiedzcy”.
Potrzebują pretekstu. Czegoś konkretnego, co się da załatwić. Małej, naturalnej transakcji, która z bliskości fizycznej robi bliskość praktyczną.
Parking jest idealnym pretekstem z kilku powodów naraz. Prawie każdy mieszkaniec co jakiś czas go potrzebuje, więc nie ma grup ludzi, których ta sprawa w ogóle nie dotyczy. Proszenie o miejsce nie jest wielką prośbą o przysługę, bo druga strona akurat z tego miejsca nie korzysta, więc emocjonalny koszt takiej rozmowy jest niewielki. Sama transakcja jest namacalna, kończy się fizycznym zostawieniem auta w czyimś miejscu, nie jest abstrakcyjna. I wreszcie: parkingu nie da się załatwić samemu, zawsze potrzebna jest druga osoba.
Od pierwszej takiej transakcji do pierwszego „cześć, widziałem twoje imię na aplikacji, to ty jesteś spod 47?” jest już bardzo krótka droga.
Wioska w pionie
Jeden z narratorów w podcaście, który kiedyś zrobiłem wokół WolnyParking, użył metafory, która od tamtej pory siedzi mi w głowie. Powiedział, że mieszkamy dziś w „wioskach w pionie”, ale nie mamy oprogramowania do wioski.
To jest dość trafny obraz. W prawdziwej, tradycyjnej wsi ludzie znają się z powodów, na które nikt nie wpływa celowo. Widzą się codziennie na drodze, mijają się w sklepie, pracują w tych samych miejscach, ich dzieci chodzą do jednej szkoły. Reputacja rośnie organicznie. Każdy dobry uczynek i każda fuszerka są zauważone przez kogoś, kto o tym powie dalej. Nie trzeba systemu oceniania hydraulika, bo po prostu wszyscy wiedzą, że ten jest dobry, a tamten to oszust.
Na osiedlu liczącym pięćset mieszkań żadna z tych naturalnych pętli nie istnieje. Możesz mieszkać obok najlepszego fachowca w Kielcach i nigdy się o tym nie dowiedzieć. Możesz pomagać komuś trzy razy w roku i nikt poza nim nigdy tego nie zauważy. Twoja „reputacja w bloku” teoretycznie istnieje, ale w praktyce nie ma żadnego kanału, przez który mogłaby do kogoś dotrzeć.
Aplikacja, którą buduję, próbuje odtworzyć te naturalne pętle. Nie tyle zastąpić życie, co dać mu kanał, w którym niewidzialne staje się widzialne. Kto pomaga sąsiadom i w czym jest dobry, kto ma wolne miejsce, z jakich poleceń fachowców korzystać: wszystko to są rzeczy, które w tradycyjnej wsi ktoś by ci powiedział bez pytania. W bloku nie masz jak się dowiedzieć, dopóki ktoś ci o tym nie powie, więc aplikacja musi być tym „ktosiem”.
Konkretne mechanizmy, które to realizują
Wizja nie jest dla mnie hasłem na marketingowy plakat. Ma kilka konkretnych przełożeń na aplikację, które z zewnątrz wyglądają jak zwykłe funkcje, a ja od środka traktuję je jak narzędzia służące temu samemu celowi.
Zacznijmy od parkingu. Parkingowe udostępnienie miejsca na pierwszy rzut oka dotyczy parkingu, ale od mojej strony dotyczy pierwszego kontaktu. Dwóch mieszkańców, którzy się wcześniej nie znali, załatwia między sobą coś małego, konkretnego, zakończonego sukcesem. Kiedy miną się po tygodniu w windzie, już nie są dla siebie kompletnie obcymi osobami, bo raz się sobie przydali. Na tym polega cały trick, i to jest moment, w którym parking przestaje być po prostu parkingiem.
W tym samym module jest coś, co z punktu widzenia użytkownika wygląda na niewygodne. Jeśli udostępniłeś miejsce, a ktoś je zarezerwował, nie możesz go skasować jednym przyciskiem. Przycisk „usuń” znika, a jedyne, co możesz zrobić, to napisać do rezerwującego SMS-em z prośbą o zwolnienie miejsca. I dopiero jak on sam anuluje rezerwację, wracasz do kontroli nad swoim miejscem. Niewygoda? Oczywiście. Ale ta niewygoda jest celowa. Aplikacja nie automatyzuje anulowania, bo nie chodzi o optymalizację. Chodzi o to, żeby zmusić cię do krótkiej chwili pomyślenia o drugim człowieku, który już liczy na to miejsce, żeby nie stał się dla ciebie linijką w bazie danych, tylko pozostał realną osobą, z którą musisz się krótko dogadać.
Dalej jest system reputacji. W normalnym bloku nikt nie widzi, kto komu pomaga. Sąsiedzka życzliwość rosła zawsze na zasadzie plotki, a teraz plotki nie ma, bo nikt nikogo nie zna. Dlatego dodałem ranking, w którym za każdą pomoc rośnie licznik, zdobywa się kolejne tytuły, aż do „Ikony osiedla” za tysiąc aktów pomocy. Na pierwszy rzut oka to wygląda jak klasyczna gamifikacja, ale dla mnie ma inny sens. To jest sposób, żeby niewidzialną rzecz (sąsiedzką życzliwość) uczynić widzialną dla całej społeczności. Ten, kto pomaga, nie musi o tym mówić, bo liczba mówi za niego. A pozostali wiedzą, do kogo zwrócić się, kiedy sami czegoś potrzebują, bez pytania o to nikogo.
Podobnie działa baza polecanych fachowców. Kiedy normalnie szukasz hydraulika, typowa ścieżka to google, mapy, recenzje od anonimowych Jan Kowalski 123. W aplikacji jest alternatywa: baza budowana oddolnie przez samych mieszkańców, z ocenami i opiniami od konkretnych osób z tego samego osiedla. Kiedy sąsiad z mieszkania 3B mówi „świetny facet, zrobił mi kuchnię w tydzień, polecam”, ma to inną wagę niż sto anonimowych opinii w internecie. Znasz go z widzenia, wiesz, gdzie mieszka, wiesz, że za tę opinię jest odpowiedzialny.
Ostatni mechanizm, i chyba najbardziej bezpośrednio odpowiadający na problem, o którym kiedyś mi opowiadałeś, to moduł benefitów. Mieszkańcy mogą w nim oferować swoje własne usługi innym mieszkańcom ze zniżką. Ktoś piecze torty, ktoś prowadzi salon fryzjerski, ktoś udziela korepetycji, ktoś jest tłumaczem, a wszyscy do tej pory nie wiedzieli, że mogliby nawzajem u siebie kupować, bo nikogo w bloku nie znali. Benefity dają im platformę, w której jedna strona może po prostu powiedzieć „jestem, robię to, oferuję to”, a druga strona może to zobaczyć bez chodzenia od drzwi do drzwi. To jest konkretne rozwiązanie problemu, który często widzę: mieszkaniec chciałby zaoferować swoje usługi sąsiadom, ale nie wie, jak się do tego zabrać, bo nikogo nie zna i nikt nie zna jego. Benefity sprowadzają ten problem do zera. Nikogo nie musisz już znać, wystarczy, że znajdziecie się w tej samej aplikacji.
Obniżanie kosztu, a nie moralizowanie
Nie oczekuję od nikogo, że po zainstalowaniu aplikacji stanie się milszy dla sąsiadów. To by było naiwne. Aplikacja nie próbuje zmienić tego, jacy ludzie są. Próbuje tylko obniżyć koszt bycia pomocnym. Tak, żeby osoba, która w zwykłych warunkach by nie pomogła, bo wymagałoby to szukania, dzwonienia i upewniania się po co, w aplikacji zrobi to w trzy kliknięcia, kiedy jest to dostatecznie proste.
Obniżenie kosztu zmienia zachowania bardziej, niż oczekiwalibyśmy po tak zwyczajnej zasadzie. Kiedy pomoc sąsiedzka kosztuje dziesięć minut i dwa telefony, większość ludzi jej nie udzieli. Nie dlatego, że są źli, tylko dlatego, że mają własne sprawy. Kiedy kosztuje jeden klik w aplikacji, procent gotowych pomóc wzrasta wielokrotnie. Mnie w tej historii nie interesuje moralizowanie. Interesuje mnie to, żeby w bloku, w którym ludzie się nie znają, było trochę więcej drobnych życzliwości. A na to się najlepiej wpływa przez narzędzia, nie przez apele.
Inkluzja, nie tylko dla cyfrowo biegłych
Jedna rzecz, która mi od początku była ważna, i którą zbudowałem specjalnie: osoby wykluczone cyfrowo nie mogą z tej wizji być wycięte. Na każdym dużym osiedlu jest cały przekrój wiekowy i technologiczny. Są młodzi, którzy żyją w smartfonie. Są starsi, którzy aplikacji nie zainstalują nigdy. Są ci pomiędzy, którzy mają telefon, ale wolą papier i długopis. Wszyscy mają takie same prawa w sprawach wspólnoty i wszyscy mają taką samą wartość jako sąsiedzi.
Dlatego kluczowe funkcje aplikacji, na przykład głosowania nad uchwałami, są zaprojektowane tak, żeby mogły przyjąć głos z aplikacji, głos oddany w czyimś imieniu przez osobę z uprawnieniami i głos wpisany do systemu z papierowego arkusza przez zarządcę. Wszystkie trafiają do tej samej struktury, tej samej historii, tego samego audytu. Cyfrowe wykluczenie nie oznacza wycięcia z decyzji wspólnoty. To jest ważne nie dlatego, że brzmi ładnie, tylko dlatego, że inaczej cała wizja „sąsiedzkiego osiedla” dotyczyłaby wybranych.
Ryzyka, których nie ignoruję
Nie jestem optymistą co do tego, że wszystko się ułoży samo. Widzę kilka realnych zagrożeń, które wizja napotyka.
Pierwsze to ryzyko powstawania cyfrowych klanów. Tryb udostępniania prywatnego (ten, w którym miejsce widzi tylko konkretna osoba z listy) może w nieoczywisty sposób wzmacniać istniejące podziały zamiast budować jedną wspólnotę. Grupa kilku znajomych zaczyna używać aplikacji tylko między sobą, omija publiczny obieg i w efekcie tworzy cyfrowy odpowiednik tego samego zamkniętego kręgu, który istnieje w realu. Muszę to obserwować i być gotowy coś z tym zrobić, jeśli będzie to realny problem.
Drugie to konflikt altruizmu z komercją. Aplikacja została zbudowana na pomocy sąsiedzkiej, która nie kosztuje. Moduł benefitów wprowadza do tego pieniądze. Co się stanie, jeśli tort od sąsiadki okaże się niesmaczny, a naprawa wykonana przez sąsiada z trzeciego piętra będzie fuszerką? Nie mam jeszcze dobrego mechanizmu mediacji sporów komercyjnych i to jest jedna z tych rzeczy, nad którymi myślę teraz najczęściej.
Trzecie: jakość bazy wiedzy asystenta AI. Aplikacja ma wbudowanego asystenta, który odpowiada mieszkańcom na pytania o ich własne osiedle. To nie jest generyczny chatbot, tylko narzędzie zasilane wiedzą wprowadzoną przez zarządcę. Jeśli zarządca pracuje starannie, asystent jest wartościowy. Jeśli nie pracuje w ogóle albo aktualizuje bazę niechlujnie, asystent generuje złe odpowiedzi i obniża zaufanie do całej aplikacji. Garbage in, garbage out, stara zasada, która w tym kontekście oznacza, że najbardziej zaawansowana funkcja jest jednocześnie najbardziej zależna od dyscypliny jednego człowieka.
To jest eksperyment
Nie wiem, czy wizja się powiedzie. To naprawdę nie jest zdanie dla efektu. Aplikacja działa od kilku miesięcy w jednym miejscu, ma kilkadziesiąt aktywnych kont na jednym osiedlu i jest w trakcie pierwszych negocjacji wdrożeniowych z zarządcą pierwszej wspólnoty. Wszystko, o czym napisałem wyżej, jest hipotezą, nie wnioskiem. Sprawdzi się albo się nie sprawdzi. Być może okaże się, że parkingowe udostępnienie naprawdę łamie lody między obcymi sąsiadami. Być może okaże się, że ludzie biorą miejsca i się rozłączają, a aplikacja jest dla nich wyłącznie ulepszoną wersją grupy na Messengerze.
Jedno mi się jednak wydaje pewne. Nawet jeśli wizja WolnyParking okaże się prawdziwa tylko częściowo, to i tak jest w tym momencie jedynym pomysłem, jaki mam na odwrócenie trendu anonimizacji w dużych osiedlach. Standardowe alternatywy słyszę regularnie: „ludzie po prostu powinni być bardziej otwarci”, „wystarczy organizować grille sąsiedzkie”, „to miejski tryb życia i trzeba się pogodzić”. Żadna z nich nie zmienia nic strukturalnie, więc żadna nie działa. Próbuję zbudować coś innego. Narzędzie, które zmienia koszt drobnej interakcji sąsiedzkiej z dużego na zerowy, i które z parkingu robi pretekst zamiast celu.
Nawet jeśli mi to się nie uda w pełni, parking na moim osiedlu i tak będzie lepiej zarządzany. To jest poziom pierwszy, zawsze użyteczny sam w sobie. Ale pod spodem, w cichej warstwie, chodzi mi o coś więcej. Chodzi o to, żeby ludzie, którzy mieszkają drzwi w drzwi, po pięciu latach wiedzieli nareszcie, jak nazywa się ich sąsiad z piętra wyżej i że jeśli coś trzeba, to jest do kogo zapukać.
Chcesz zobaczyć, jak WolnyParking działa w praktyce?
Pokażę aplikację z perspektywy mieszkańca i zarządcy. Bez presji sprzedażowej.
Napisz do mnie